niedziela, 20 kwietnia 2008

***dzien przedostateczny***


w peddzien mojego odejscia panowala wszechogarniajaca cisza... nikt nie zaklocal przebiegu spraw z ktorymi jeszcze teraz musialam sie uporac.... nic nie przeszkadzalo mi , nie zatruwalo glowy niepotrzebnymi myslami.... az zal bylo robic to co zamierzalam.... gdyby kazdy dzien wygladal tak jak ten, gdyby....
wstalam stosunkowo wczesnie, nie wiem dlaczego ale jakos nie moglam spac... czulam to napiece, przed tym co sie stanie.... troszeczke na sile zmuszlalm sie zeby pospac dluzej, przeciez zawsze brakowalo mi czasu, chocby kilku minut zeby sie porzadnie wyspac.... a dzisiaj, jak na zlosc.... zjadlam moje wymarzone sniadanie, tak jajecznice, ona zawsze wychodzi i zawsze tak samo dobrze smakuje.... niczego tak naprawde nie planowalam dzisiaj, poprostu wiedzialam co musze jeszcze zrobic i to wszystko.... pierwszy raz od dlugiego czasu czulam sie wolna od myslenia o tym, wiedzialam ze to nastapi, wiec nie meczylam juz siebie tak jak przez ostatnie kilka miesiecy....
nawet nie wiem kiedy podjelam decyzje.... na poczatku, bylo to tylko zwykle dumanie o tym jak by to bylo.... czy jestem zdolna do az tak duzego kroku, pozniej coraz bardziej zaczelam wglebiac sie w myslenie o tym.... nie wiem czym bylo to spowodowane, zawsze na wiosne lapie mnie to rozkminianie wszystkiego.... nie widze sensu, celu.....niczego....
trzeba bylo wyjsc z domu i zaczac cos robic.... udalo mi sie wczoraj przygotowac ubranie, czego wczesniej nie robilam i w pogode trafilam idealnie.... wiem, takie nic nieznaczace rzeczy, ale dzisiaj na wszystko zwracalam uwage, kazdy drobiazg byl dla mnie wazny
wychodzac z domu bylam w dosc optymistycznym nastroju.... ostatnio to rzadkosc.... powietrze pachnialo wczesna wiosna, slonce takie jakie lubie....zaczelam sie zastanawiac jak to bedzie jutro, ale to dopiero jutro wiec musze nacieszyc sie dzisiejszym dniem, musze...
poszlam na poczte, wyslalam kilka listow nad ktorymi siedzialam przez ostatnie dni.... to one wyznaczyly ten konkretny termin.... czasami specjalnie odwlekalam pisanie, czasami zas zmuszalam sie do szybszego tepa.... nie chcialam zeby osoby na ktorych mi zalezy mialy mi za zle to co zrobie.... nie chcialam tez zeby ktokolwiek czul sie winny, lub cos w tym stylu, to byla moja decyzja nie odnoszaca sie do nikogo.....
dziwne ale nie mialam zadnych watpliwosci.... wysylajac listy wiedzialam ze nie bedzie juz odrotu.... papier lepiej oddawal charakter moich mysli, zreszta list nie dojdzie za szybko, a to bylo wazne
teraz czas na ludzi do ktorych trzeba sie usmiechac i gadac o niczym....udawac jakie to zycie jest niesprawiedliwe, swiat zly, a inni czekaja na twoj blad zeby wykorzystac to do wlasnych celow... ale przez to trzeba przejsc kazdego dnia, a nie chialam zeby byl on inny od reszty....
zastanawiace sie dlaczego udaje to wszystko, przeciez robiac to co zaplanowalam, powinnam byc do tego przekonana.... przeciez to chec ucieczki od tego wszystkiego sklonilaby mnie tylko do tak drastycznych krokow..... jednak to nie bylo tak.....
zycie nie bylo dla mnie udreka tego rodzaju.... nie widzialam calego zla dookloa, to bylo cos innego.... moja umacniajaca sie druga tozsamosc pokazywala mi od jakiegos czasu zupelnie inne oblicze pewnych faktow.... nadal bylam soba, moze z tym wyjatkiem ze mowiac to co mowilam bo tak nalezalo.... myslalam jakos w inny sposob.... nie potrafie tego wytlumaczyc.... nawet w tej chwili nie wiem jak to nazwac..... stalam sie trohe bardziej sarkastyczna, a kiedy sie zapomnialam to razilam innych moim humorem, przeciez smialam sie ze spraw zakazanych..... zaczelo mnie to meczyc, zaprzatac moje mysli..... czasami totalnie dezorganizujac dzien.....
i jestem, w przed dzien tego do czego doszlam
jeszcze tylko kilka osob kilka rozmow.... nie bylo to nawet tak meczace jak zawsze, sama sie dziwilam sobie... to tak jak przed dlugim wyjazdem, cieszy cie wszystko, co normalnie strasznie by nuzylo.... uporalam sie ze wszystkim dosc szybko.... nie chialo mi sie wracac jeszcze do domu... tam czekala na mnie jeszcze jedna wazna rozmowa z moim sumieniem i z Nim, takze... chociaz ostatnio to on stal sie glownie moim sumieniem... nadal nie wiedzialam co powiem... czy wogole cos czy tylko tak jak ostatnio kilko slow na uspokojenie zeby przestal sie o mnie martwic... najgorsza byla swiadomosc ze go oklamywalam ze wszystko gra i swietnie sie czuje, to ze planowalismy.... tyle planow, a ja chce odejsc, od niego od naszego zycia... w myslach ukaldalam sobie scenariusz tego jak to bedzie wygladac, probowalam przewidziec wszystkie mozliwe drogi jakimi potoczy sie nasza rozmowa... ale w glowie wyglada to zupelnie lepiej niz stojac nim twarza w twarz.... widziec jego zmruzone oczy, czuc oddech wypowiadanych slow, to nie jest proste, nawet wtedy gdy sie rozmawia o sprawach blachych, a co dopiero o czyms takim...
chodzilam, myslac o tym.... patrzac na ludzi dookola, wydawali sie tacy nieswiadomi tego co ich czeka, tylko ja bylam jedyna ktora wiedziala co sie stanie... mialam ta przewage nad nimi i to powodowalo ze poczulam sie naprawde szczesliwa.... raz w zyciu zapanuje nad tym wszystkim, jeden jedyny raz ja bede decydowac...

wrocilam do domu....
cdn.... moze....